|
Mam nadzieję, że tego zespołu nie trzeba nikomu przedstawiać, ponieważ stanowi on ikonę światowego metalcore’u. Jak usłyszymy na tej płycie i poprzedniej "Resurrection", zmiana wydawcy z Roadrunner Records na Nuclear Blast pomogła chłopakom w 100%. Są w znakomitej formie i na pewno powrót ekipy z Cleveland można udać za udany. Ale dość już opisu zespołu, którego wszyscy znamy (co było można zobaczyć na zeszłorocznej 25 edycji Show no Mercy), bo ilość fanów mówiła sama za siebie.

Na wstępie pragnę zaznaczyć, iż najpoważniejszym błędem słuchacza będzie porównywanie tej płyty z ich poprzednią Resurrection. Ten krążek jest zupełnie inny niż jego poprzednik. Na pierwszy odstrzał idzie utwór „Venom Inside”. Jego początek już może być zaskakujący, ale późniejsza nagła zmiana nastroju w tym kawałku dosłownie ryje nam przysłowiowy „beret”. Informacja dla tych, co przegapili doskonały show w Progresji - tym właśnie kawałkiem otworzyli „sztukę”. Kolejnym utorem, którym zasługuje na uwagę jest „Secrets of the dead”. Ten kawałek przedstawia nam zespół, którego wcześniej nie znaliśmy. Wspaniała atmosfera gitar i syntezatorów w tle robi zajebiste wrażenie, a wokal Mark’a Hunter’a jest wprost idealnie dobrany do charakteru utworu.
Zajmę się teraz trzecim od końca numerem, czyli „Destroy and Dominate”. Ten utwór jest chyba najbardziej zbliżony do Chimairy, jaką znamy z poprzednich krążków. Jest to jedyny, jak na razie, utwór posiadający teledysk. Co do klipu to wprost „kipi” profesjonalizmem i jest mistrzostwem w dziedzinie montażu. Ten kawałek najbardziej przemówił do mnie z całej płyty być może dlatego, że jako jedyny zachował tradycyjne proporcje budowy utworu (refren, zwrotka itp.). Przedostatnim kawałkiem jest miażdżący „Try to Survive”. W tym utworze sama głowa rwie sie do headbanging’u. Początek utworu jest powalający i przypomina czasy ich pierwszego longplay’a – „Pass Out Of Existence”. Ostatni utwór początkiem może nas zupełnie zaskoczyć. Ja odniosłem wrażenie, że słucham band’u z lat 80. Solówka i spokojna gitarka to coś, czego nie można się spodziewać, lecz później następuje zwrot o 360 stopni. W tym jednym kawałku można znaleźć kwintesencję całego zespołu z Ohio. Soczyste riff’y i stopy perkusji współbrzmiące z gitarami to to, co kochamy najbardziej. I warto dodać, że ostatni numer jest bez wokalu, tak samo jak na „The Impossibility of Reason”. Kończąc opis tej niecodziennej w naszych czasach płytki stwierdzam, że jest to album obowiązkowy. Każdy szanujący się słuchacz powinien mieć stycznoścć z tak wielkim zespołem jakim jest Chimaira.
Ocena: 9/10
» 1 Komentarz
1"niezke" z poniedziałek, 08 marzec 2010 19:45
No jerzol ładnie ładnie! Tak trzymaj, a będą z Ciebie ludzie:D
» Wyślij komentarz
|